Żydzi z Brwinowa - kronika przerwanego życia cz. I
Opublikowany przez: Grzegorz Przybysz
Żydzi z Brwinowa
Kronika przerwanego życia
Jest to pierwsza monografia brwinowskich Żydów. Wiem, że po tylu latach od zakończenia wojny nikt jeszcze nie napisał o tej społeczności Brwinowa choćby złamanego słowa, choć przyznam się, że trudno mi było podjąć taką decyzję, a to głównie ze względów merytorycznych, bo niepodobieństwem jest zebranie po tak długim czasie całej faktografii, bez popełnienia choćby małych błędów.
Ostatnie kilka lat poświęciłem na przeszukiwanie archiwaliów, zbieranie przekazów, notatek, zdjęć, oraz wszelkich możliwych informacji o brwinowskich Żydach. Wiele dni spędziłem w archiwum Żydowskiego Instytutu Historycznego w Warszawie, gdzie natrafiłem na bardzo cenne zapiski i relacje powojenne. Wiele ciekawych przekazów uzyskałem od żyjących i dziś już nieżyjących świadków. Interesowałem się nawet najdrobniejszymi epizodami z życia społeczności żydowskiej, niestety nie zawsze prawdziwymi. Musiałem często je sprawdzać, oraz poddawać wnikliwej weryfikacji prosząc o konsultacje osoby kompetentne, pamiętające stare, przedwojenne czasy.
Relacja o brwinowskich Żydach będzie zatem autentyczna, ale niepełna. Będzie w niej zapewne brakować wielu wydarzeń i epizodów, których nie znam i o których po prostu nie wiem, za co z góry przepraszam wszystkich czytelników.
Rynek
W latach międzywojennych Brwinów i najbliższe jego okolice zamieszkiwało kilkadziesiąt rodzin żydowskich i kilkanaście osób samotnych pochodzenia żydowskiego. Pierwszą grupę społeczną, najmniej liczną, stanowili ludzie ubodzy, mieszkający zazwyczaj w jednej, lub dwóch nędznych izbach. Zajmowali się na co dzień zbieractwem staroci i handlem starzyzną, a czasami zwykłą, dorywczą pracą. Drugą grupę społeczną stanowili żydowscy rzemieślnicy. Jako, że było ich najwięcej, to właśnie oni tworzyli główny trzon społeczności żydowskiej w Brwinowie. Zajmowali się głównie handlem, kupiectwem i usługami. Trzecią grupę , najzamożniejszą, stanowiła inteligencja żydowska. Byli to ludzie w większości wykształceni, o wysokim poziomie intelektualnym, pełniący często ważne funkcje zawodowe, lecz stanowili znikomy procent tutejszej społeczności żydowskiej.
Najbardziej znanymi w Brwinowie Żydami byli handlarze mięsem. Ich sklepiki, zwane niegdyś jatkami, ciągnęły się wzdłuż brwinowskiego rynku, prawie od kościoła, aż po gospodę Pod Grzybkiem pani Piltzowej. W ich jatkach można było kupić tanią wołowinę, cielęcinę, baraninę, drób i podroby, właściwie wszystko oprócz wieprzowiny, której Żydzi nie uznawali i nie jedli. Zabawnym, choć dość nieco natrętnym sprzedawcą był Żyd Nutka. Miał swoją jatkę w drewnianej budzie pani Kryńskiej (dziś w tym miejscu znajduje się perfumeria- tuż obok sklepu Józanta).
- Co ładna pani potrzebujesz ? Wejdź prosza, to opuszcze grosza ! – zachęcał Nutka, stojąc przed swoim sklepem w towarzystwie grubej żony Estery. Nieco dalej, tu, gdzie dziś są usługi pogrzebowe, była jatka Mendla Wildego, a na samym prawie końcu, w pobliżu kościoła, ( tu gdzie po wojnie był sklep pana Dudzika) znajdował się sklep Żyda o nazwisku Świczka, przezywanego popularnie Świcą. Do jego sklepiku wchodziło się po trzech stopniach w dół. Ten, kto był tu po raz pierwszy, lub zapomniał o nieszczęsnych schodkach, potykał się i zazwyczaj leżał jak długi. Sklep Świcy był istną graciarnią, zbieraniną wszystkiego, co wyprodukował człowiek. Podobno nie można było prawie wejść do środka, gdyż nie było gdzie postawić nogi.
Drugim takim rupieciarzem był Gierszon Wilde, ojciec Mendla, Żyd z ulicy Wiejskiej.
Gierszon miał długą do pasa, siwą brodę. Chodził zawsze w długim czarnym chałacie, drucianych okularach i jarmułce na głowie. Jako handlarz starzyzną był dość popularny,ponieważ jeździł furką po Brwinowie i zaglądał prawie do każdego domu, pytając uniżenie o niepotrzebne rzeczy. Gierszon zgromadził w swoim domu setki, jeśli nie tysiące potrzebnych i niepotrzebnych, używanych i zupełnie zniszczonych gratów. Czego tam nie było ! Stare koła i ramy od rowerów, zardzewiałe śruby i łańcuchy, kłódki, pilniki i podkowy, stare wózki, zwoje drutu i końskie gwoździe, klatki na ptaki, pułapki na myszy i szczury, stare balie, kubły i taczki, wypchane dzikie zwierzęta, zniszczone meble, bezwartościowe, kiczowate obrazy i Bóg wie jeszcze co. Gierszon chlubił się często przed klientelą swoim największym trofeum. Był to metrowej wielkości chiński mandaryn z laki o ruchomych oczach. Mandaryn nie był do sprzedania. Służył za ozdobę sklepu-rupieciarni.
Po obu stronach brwinowskiego skwerku ulokowały się dwa sklepy łokciowe. Pierwszy należał do małżeństwa Dancygierów. Znajdował się dokładnie w tym samym miejscu, co obecny sklep pasmanteryjny. Gdy było dość pogodnie i ciepło, Dancygier zawsze schludnie ubrany w białej koszuli, kamizelce i jarmułce na głowie, stał często przed wejściem do swojego sklepu i kłaniając się nisko, zapraszał uniżenie przechodniów do zrobienia zakupów. A było w czym wybierać ! Były tu grube bele różnych materiałów, w tym wyborowe gabardyny na garnitury i płaszcze, materiały spodniowe i sukienkowe, kretony i jedwabie z Milanówka, żakardowe obrusy z Żyrardowa i wiszące pod sufitem na drążkach, firanki i zasłonki.
Po drugiej stronie skwerku w domu Osuchowskich znajdował się sklep podobnej branży.
Sprzedawano tu między innymi barchan, lniane płótna, cajg na marynarki i spodnie, oraz różne dodatki krawieckie. Sklep należał do rodziny Lejzora i Estery Horowitzów. Pani Horowitzowa była ładną, szczupłą i wysoką kobietą. Chodziła zawsze w czarnej peruce. Rodzina Horowitzów miała kilkoro dzieci, m.in. uroczą dziewczynkę o imieniu Bracha, urodzoną w 1925 roku. Do rodziny należała również Bronia Horowitz, urodzona w 1900 roku. Prawdopodobnie była to siostra Lejzora Horowitza, właściciela sklepu.
Żeby uszyć cokolwiek z nabytych materiałów, nie trzeba było daleko szukać. Tuż obok, w domu Gzyrów, na parterze od strony rynku, mieściło się mieszkanie w którym nieduży zakład krawiecki prowadziła rodzina Hamersteinów. Hamersteinowie wynajmowali jeszcze facjatę na drugim piętrze na dodatkową sypialnię, bowiem rodzina była dość liczna - oprócz dwojga rodziców była jeszcze babcia, oraz troje dzieci: dwaj synowie Josek i Szlama, oraz córka Ryfke. Zakład krawiecki czynny był do końca 1939 roku.
W następnym domu należącym do rodziny Czarneckich znajdował się warsztat szewski. To tu, gdzie dziś jest Sezam ( patrz zdjęcie ). Prowadził ten warsztat czeladnik szewski Lulek Szubzak. Natomiast na samym początku Wiejskiej, w starym, piętrowym drewniaku mieszkał bardzo biedny Żyd, szewc Aaron Feldman, ojciec wielodzietnej rodziny. To właśnie jego syn Szlama dzięki pewnej brwinowskiej rodzinie, uratował się przed holokaustem jako jeden z niewielu Żydów w Brwinowie. Również na Wiejskiej, ale na samym jej końcu ( patrz zdjęcia) mieszkał w rozlatującym się drewniaku Żyd o nazwisku Waciorek. Ten ubogi człowiek utrzymywał się głównie ze zbierania butelek, złomu, makulatury i starzyzny. Waciorek był wdowcem i miał na utrzymaniu dorastająca córkę Cejre. Dziewczyna zarabiała na życie smażąc i sprzedając placki i racuchy, a czasami jak miała z czego, robiła również pączki.
Na Rynku, w kilkupiętrowej kamienicy należącej do rodziny Karkucińskich, tu gdzie dziś znajduje się sklep elektryczny, mieszkały trzy nieźle sytuowane rodziny żydowskie. O pierwszej z nich zupełnie nic mi nie wiadomo. Nie wiem jak się nazywali i co się z nimi stało.
Prawdopodobnie wyjechali na Zachód na długo przed wybuchem wojny.
Natomiast na pierwszym piętrze mieszkał właściciel dużego składu materiałów budowlanych Mosze Wajsblat, popularnie przezywany w Brwinowie Mońkiem. Wajsblat miał dość liczną rodzinę: matkę Chaję Surę urodzoną w 1872 roku, ciotkę Surę urodzoną w 1870 roku, młodszą siostrę Czesię, dwóch młodszych braci Aarona i Joska, córkę Ryfke i syna Abrahama urodzonego w 1931roku. O jego żonie niektórzy ludzie mówili, że zmarła na gruźlicę, a niektórzy, że podczas kolejnego porodu. W połowie lat trzydziestych Czesia Wajsblat, podstarzała już wtedy panna, miała wyjść za mąż za właściciela sklepu żelaznego Osjasza i przeprowadzić się do jego mieszkania na ulicę Wilsona, róg Grodziskiej w Brwinowie.
Skład budowlany Wajsblata znajdował się tu, gdzie dziś jest brwinowskie targowisko.
Można tu było kupić prawie wszystkie surowce i materiały budowlane. Wajsblat sprzedawał za gotówkę i na kredyt m.in. belki, deski, papę i lepik, lasowane wapno, różne gwoździe i cement, piasek wiślany, pospółkę i żwir. Skład Wajsblata był znany w całej okolicy i przez długie lata cieszył się sporym powodzeniem, a licznej rodzinie powodziło się całkiem dobrze dopóki ktoś z miejscowych nie podpalił całego składu. Pożar wybuchł zimą 1937 roku. Podłożono ogień w kilku miejscach. Brwinowska straż ogniowa, chociaż była w pobliżu i przybyła w miarę szybko, nie potrafiła opanować pożogi. Skład budowlany spłonął prawie całkowicie. Podpalaczy nigdy nie złapano.
W składzie budowlanym Mońka Wajsblata pracował między innymi Natan Ryba, brakarz drzewny. Był on jedynym członkiem klubu sportowego RKS Naprzód Brwinów narodowości żydowskiej. Ryba cieszył się sympatią wśród członków klubu piłkarskiego i brwinowskiej publiczności. Grał w ataku. Jako młody 25-letni kawaler, mieszkał w tym samym domu co jego chlebodawca, tyle, że na facjacie zajmując mały pokoik na poddaszu.
Na rogu, na pierwszym piętrze tego samego domu mieszkała rodzina Nowomińskich. Nie wiem jakie imiona nosili rodzice, ale dzieci to syn Noe, urodzony w 1910 roku, oraz prześliczna córka o imieniu Rózia urodzona w 1912 roku ( patrz-zdjęcie). Rózia już jako podlotek uchodziła za jedną z najpiękniejszych dziewcząt w całej okolicy. Kruczoczarne, kręcone włosy, mlecznobiała cera usiana drobnymi, rudymi piegami i ponętne karminowe usta, robiły wrażenie na brwinowskich chłopakach. Ojciec panny Rózi pracował jako majster w miejscowym tartaku przy ulicy Grodziskiej. Podobno nie znosił gojów, pomimo swojego polskiego nazwiska. Z tym kłopotliwym nastawieniem ojca do wszystkich poza współwyznawcami, panna Rózia miała niekiedy kłopoty.
Pewnego razu, jeszcze jako uczennica szkoły powszechnej, Rózia zaprosiła do domu najbliższe szkolne koleżanki ( patrz zdjęcie ): moją matkę, Julcię Rajzacherównę i Emilkę Blumental. Dziewczynki miały wtedy po 11, a może 13 lat. Były same, ojciec i matka akurat wyszli. Rózia zachwycona wizytą koleżanek, zrobiła herbatę i poczęstowała panny ciasteczkami własnej roboty. Dziewczyny rozglądając się po dość skromnie umeblowanym mieszkaniu zwróciły uwagę na małą półeczkę przybitą wysoko do futryny drzwi wejściowych. Na półeczce leżał mały futeralik. Rózia, zapytana o jego zawartość, odpowiedziała, że w środku jest mezuza, czyli niewielki rulonik papieru z wypisanymi wersetami z Biblii. Ma przypominać o wierze w Boga, oraz chronić jej dom przed wszelkim złem. Przy następnej wizycie Rózia pokazała dziewczynkom jeszcze parę innych rzeczy, na przykład dwa pudełeczka w kształcie sześcianów zawierające zwitki pergaminowe z czterema cytatami z Biblii, oraz tałes należący do jej nieżyjącego dziadka. Pewnego razu kilku wyrostków z ulicy Wiejskiej dopadło Rózię na ulicy, po czym pobili ją, poszarpali na niej ubranie obrzucając przy okazji różnymi wyzwiskami.
Po mimo nierzadkich szykan Rózia i Emilka były bardzo koleżeńskie i dobrze się czuły w szkole. Nie stroniły od nikogo, a na lekcjach religii zawsze zostawały. Na początku zajęć kiedy wszyscy mówili „Dzięki ci Boże za światłość tej nauki ...” Rózia z Emilką wprawdzie nie odmawiały głośno modlitwy, ale wstawały jak wszystkie dzieci, składały ręce jak do pacierza i modliły się w duchu zgodnie z ich wiarą.
W głębi podwórza na tyłach kamienicy pana Tobolko, tam gdzie kiedyś było kino „Tęcza”, a po wojnie „Wiosna”, mieszkał w drewnianej przybudówce stary Żyd pachciarz, który handlował serwatką i mlekiem. Nikt w Brwinowie nie wiedział, jak się nazywał, ale kiedy zapytano, gdzie mieszka pachciarz, każdy wskazywał drewnianą przybudówkę w podwórzu pokaźnej kamienicy pana Tobolki. Pachciarz był rezakiem drobiu. W rytualny sposób podcinał jednym ruchem noża szyje kurcząt, kaczek i gęsi, a gdy cięcie nie wyszło i krew nie spłynęła do końca, mięso stawało się trefne i sprzedawano je wówczas gojom po zniżonej cenie. Gdy przyszło lato, w przybudówce pachciarza stało zawsze w bańkach zsiadłe mleko i serwatka. Rozchodzący się po podwórzu okropny fetor zjełczałego mleka, nie dawał spokoju mieszkańcom kamienicy. Wtedy to zaczynały się na całego karczemne awantury i piekło na podwórzu. Po rozwiezieniu mleka stary pachciarz lubił czasami usiąść przed domem na stołku i kiwając się raz po raz, mruczał pod nosem żydowskie modlitwy.
Co jakiś czas do Brwinowa przyjeżdżał rozklekotaną furmanką stary Żyd. Ludzie przezywali go Josełek, a czasami Jasełek. Był podobno spod Grodziska i handlował starzyzną. Gdy tylko wjeżdżał na przejazd kolejowy darł się ochrypłym głosem z charakterystycznym, żydowskim akcentem: - Gooorki ! myśki ! ruundle ! śmatyy śkupuje ! śmatyyy ! Wtórowała mu w tym nieduża, kolorowa papuga co wzbudzało ogólny śmiech i spore zaciekawienie brwinowskich dzieciaków. Za furmanką dreptał ze zwieszonym łbem stary, wierny kundel i duży, rogaty kozioł. Czasami, gdy handlarz zarobił trochę więcej groszy, zatrzymywał się przy knajpie „Pod Grzybkiem” i wstępował na jednego. Brwinowskie wyrostki tylko na to czekały. Okrążali wówczas furkę i przedrzeźniając papugę, którą stary trzymał w drucianej klatce, pociągali kozła za ogon. Potem kradli z kupy łachów co popadnie i brali nogi za pas. Stary pies zupełnie nie reagował. Leżał spokojnie pod furmanką, lub tuż przed drzwiami karczmy, cierpliwie czekając na powrót swego pana.
Za Plantem !
Tak nazywano dawno temu, jeszcze przed I wojną światową, teren przylegający do Maryninka i dzisiejszych ulic Wilsona, Grodziskiej i Leśnej. Nazwa przetrwała długie dziesięciolecia, przekazywana z pokolenia na pokolenie. Ale kto dziś o tym pamięta ?
„Za plantem” czyli za przejazdem kolejowym, również mieszkało kilka znanych żydowskich rodzin m.in. Blumentalów, Oldaków, Osjaszów, Karwasserów i Grunbaumów, a także rodzina znanego w Brwinowie lekarza, którego nazwiska nie udało mi się ustalić.
W zachodniej części kolonii, gdzieś w sąsiedztwie ulicy Żwirowej, również mieszkało kilka osób żydowskiego pochodzenia m.in. Róża Kapłan urodzona w latach 20, oraz liczna rodzina sklepikarza Świczki i wieloosobowe rodziny strycharzy – robotników cegielnianych zatrudnianych przez właściciela brwinowskiej cegielni pana Wiencka.
Na samym początku ulicy Grodziskiej, w dużym piętrowym domu, tu gdzie dziś jest brwinowski ośrodek kultury znajdowały się dwa sklepy. Pierwszy, tak zwany bławatny, czyli z tkaninami, należał do pani Fabiani Włoszki z pochodzenia. Drugi należał do Żyda Osjasza, właśnie tego, który ożenił się później z Czesią Wajsblatówną. W sklepie żelaznym Osjasza handlowano farbami i galanterią metalową. Można było tu nabyć żelazną drobnicę różnego rodzaju m.in. gwoździe, śruby, młotki, obcęgi, siekiery, pilniki, cęgi, piły do drewna, a także żeliwne wyroby m.in. rury do wody, rury kanalizacyjne, stalowe słupki i pręty, oraz zwoje drutów różnej grubości.
Po drugiej stronie ulicy Grodziskiej, vis á vis ulicy Leśnej, stał parterowy, ciemnozielony drewniak w którym mieściły się aż trzy sklepiki. Pierwszy narożny ( patrz zdjęcie ) należał do Polaków, małżeństwa Grzywaków. Jan Grzywak z zawodu introligator, prowadził wraz z żoną sprzedaż artykułów piśmiennych, szkolnych, introligatorskich i papierniczych.
Pan Grzywak był z zamiłowania fotografem i to właśnie jemu zawdzięczamy unikatowe, przedwojenne i wojenne zdjęcia Brwinowa. Drugi sklep należał do Aarona Grunbauma ( patrz zdjęcie wnętrza sklepu ). Z prezentacji wnętrza widać, że to sklep w rodzaju dzisiejszego AGD. Na półkach widoczne są porcelanowe serwisy, kubki fajansowe, kieliszki do jajek, elektryczne maszynki, sznury do żelazka, łyżki i noże, a w gablocie prawdopodobnie cenniejsze przedmioty. Autor fotografii Jan Grzywak (siedzący mężczyzna) prawdopodobnie zaaranżował trochę tło tuż przed wykonaniem zdjęcia, gdyż umieścił widoczną na półce przedwojenną mapę Polski. Przypuszczam, że przyniósł ją celowo ze swojego sklepu z jakimś określonym zamysłem. Czyżby chciał w ten sposób coś przekazać potomnym ?
Ten zielony drewniak przetrwał całą okupację. Po wojnie przejął go GS z Milanówka, a nieco później, przypuszczalnie w latach 60 rozebrano go całkowicie. Zupełnie niepotrzebnie.
Po tej samej stronie ulicy Grodziskiej, w starym drewniaku vis a vis apteki (stoi do dziś) mieszkała pięcioosobowa rodzina Blumentalów. Oprócz rodziców było tam troje dzieci - córka Emilka urodzona w 1912 roku, starsza od niej o dwa lata Helenka i najmłodszy syn Berek, lub Erek. Nie wiadomo czym zajmowali się rodzice. Prawdopodobnie handlem. Cała trójka dzieci chodziła do szkoły powszechnej, która w owym czasie mieściła się przy ulicy Słonecznej, w willi państwa Wernerów. Blumentalówny chodziły do szkoły regularnie. Złośliwi rówieśnicy mawiali o nich, że są to dzikie Żydowki i z nikim nie chcą się kolegować, a tym bardziej przyjaźnić. Zresztą nikt z uczniów specjalnie o ich przyjaźń nie zabiegał. Mówiono, że była to wina ich ojca. Jednak wyjątkiem była ruda Emilka, która odstawała od całej rodziny.
Do zamożniejszych rodzin i to nie tylko na tle społeczności żydowskiej, ale również wśród mieszkańców Brwinowa, należała rodzina Oldaków. Składy w Brwinowie prowadzili: inżynier Henryk Oldak, urodzony w 1880 roku i jego żona Felicja urodzona w 1881 roku. Oldakowie byli jeszcze właścicielami kilku tartaków i składów opałowych m.in. Grodzisku i Błoniu. Firma istniała pod nazwą „ Składy Tartaczne i Opałowe – H. F. Oldak i Spółka”. Węgiel i koks sprowadzali bezpośrednio z kopalni na Śląsku z którą spółka brwinowska miała podpisaną umowę, natomiast drewno do tartaku dochodziło transportem kolejowym, głównie ze wschodu Polski, gdzie sośnina i świerk były najtańsze. W Brwinowie była specjalnie utworzona w tym celu podwójna bocznica kolejowa. Tam przetaczano wagony z węglem i koksem i czym prędzej je rozładowywano, gdyż osiowe było dość drogie. Natomiast wagony z drewnem lokowano w pobliżu traku, gdzie następnie cięto je na tarcicę, deski, belki i kantówki. Tu również poddawano je dalszej obróbce na specjalnych maszynach do formowania i profilowania drewna m.in. na heblarkach, tokarkach, frezarkach i grubościówkach. Interes kwitł doskonale przez całe lata, aż do września 1939 roku. Tylko jeden zakład w Brwinowie zatrudniał około pięćdziesiąt osób. Sprzedaż towarów odbywała się bezpośrednio na miejscu, skąd miejscowi wozacy rozwozili gotowe wyroby do klientów.
Pod koniec dwudziestolecia Oldakowie zaczęli budować dla siebie i najbliższej rodziny pokaźny, dwupiętrowy dom przy Grodziskiej, ale nigdy w nim sami nie zamieszkali.Wynajęli dom dobrze sytuowanym lokatorom. Dziś w tym budynku mieści się Urząd Miasta i Gminy.
Małżeństwo Oldaków miało dwóch synów, którzy studiowali w Warszawie i uzyskali wyższe wykształcenie. Tuż przed wybuchem wojny obaj bracia nagle zniknęli. Dopiero po wojnie okazało się, że wyemigrowali na Zachód, prawdopodobnie do Kanady.
Równie dobrze sytuowaną i majętną, była wieloosobowa rodzina Jankla i Chawy Karwasserów. Jankiel Karwasser przed wojną 60-letni mężczyzna, był kupcem rejestrowym i przemysłowcem. Jego firma zarejestrowana pod nazwą „Jankiel Karwasser – sprzedaż materiałów opałowych i budowlanych”, zajmowała się przede wszystkim handlem węglem, koksem i miałem opałowym. Główne składy opałowe znajdowały się w Podkowie Leśnej Głównej przy ulicy Słowiczej 4, oraz w Brwinowie przy ulicy Grodziskiej 10. Wjazd na ten skład znajdował się od strony torów kolejowych, tuż obok bocznicy. Z czasem zakład uruchomił produkcję wyrobów betonowych m.in. kręgów studziennych, oraz okien i drzwi.
Dom Karwasserów stoi do dziś. Obecnie znajduje się w nim sklep monopolowy przy ulicy Grodziskiej. Małżeństwo Karwasserów posiadało pięcioro dzieci: najstarsza była córka Gitla urodzona w 1901 roku, potem syn Luzer ( 1904 ), następnie Mojżesz ( 1907), Izaak ( 1909) i najmłodszy syn Natan, urodzony w 1914 roku. Ich dom należał do najbardziej znanych w środowisku żydowskim.
Wewnątrz domu, w jednym z największych pokojów od strony ulicy Grodziskiej, znajdowała się prywatna bóżnica. W każdy piątek wieczorem, gdy rozpoczynał się szabas do domu Karwasserów schodziły się liczne rodziny, między innymi Blumentalów, Oldaków, Osjaszów, Wajsblatów, Nowomińskich, Danzygierów, Horowitzów i wielu innych zaproszonych Żydów. Rabin przyjeżdżał przeważnie z Grodziska, a czasami wyjątkowo z Warszawy. Modły trwały do późnego wieczora. Potem kobiety podawały czulent – danie szabasowe składające się z mięsa, kartofli i gęsich szyjek, a na deser kugel, czyli zapiekankę z ryżu, lub makaronu z cynamonem i rodzynkami. Do wszystkich potraw pito przeważnie czerwone wino. Po modlitwie i kolacji Żydzi nie rozchodzili się od razu do swoich domów. Zazwyczaj zostawali do późna rozmawiając i dyskutując na różne tematy. Ze szczególną uwagą i estymą słuchano zawsze rabina, który był w środowisku najwyższym autorytetem i uchodził za mędrca i doradcę w kwestiach wiary, interesu, problemach rodzinnych i duchowych.
Niestety, społeczeństwo żydowskie dość często spotykało się z szykanami ze strony Brwinowiaków. Szczególnie dokuczano im w okresie szabasu. W każdy piątek, gdy zbierano się w domu Karwasserów, grupy wyrostków, głównie brwinowskich łobuziaków obrzucały okna bóżnicy kamieniami, kartoflami, a zimą śnieżnymi pigułami. Smarkacze wykrzykiwali przy tym grubiańskie wyrazy, antysemickie hasła i obraźliwe powiedzonka. Rozrabiaków inspirowała grupa studentów Sekcji Młodych ze Stronnictwa Narodowego i Ruchu Narodowo-Radykalnego „Falanga”. Studenci przyjeżdżali do Brwinowa celowo, głównie w piątki, zajmując na dzień, lub dwa mieszkanie drewnianego dworku, należącego wówczas do dziedzica Wierusza-Kowalskiego. Do akcji antyżydowskiej studenci wybierali tylko nieletnich chłopaków przekupując ich grosiwem, niby to na lody, cukierki, lub ciastka.
Jednak pewnego razu sprawy zaszły za daleko. Podczas modłów do pokoju wrzucono kamień, a pęknięta szyba zraniła odłamkami kilkoro z zaproszonych gości. Wtedy Jankiel Karwasser poskarżył się miejscowemu komendantowi policji Kowalskiemu. Ten przyjął co prawda skargi i wysłał tam policjanta Tkacza, ale więcej w tej sprawie nic szczególnego nie zrobił, więc proceder trwał dalej. W końcu dochodziło do tylu incydentów, iż pod koniec 1937 roku zdecydowano w Gminie Żydowskiej, że dom modłów trzeba przenieść. Na razie nikt nie wiedział gdzie i dokąd. W końcu za poradą rabina zdecydowano, że trzeba przeprowadzić bóżnicę na tyły tego samego domu, lecz przedtem trzeba przysposobić kilka pokoi na pierwszym piętrze i dobudować na zewnętrznej ścianie budynku drewnianą emporę. Tak też zrobiono i następnego roku bóżnicę przeniesiono. Od tej pory, był już jako taki spokój.
Lotto10/09/10
7, 8, 10, 17, 29, 32 Mini Lotto10/09/10
1, 10, 11, 25, 35 Multi Multi10/09/10 22:00
75, 3, 4, 10, 17, 27, 31, 35, 36, 42, 45, 47, 50, 52, 59, 60, 66, 67, 69, 74 W serwisie znaleźć można także archiwalne wyniki: Lotto, Mini Lotto oraz Multi Multi.
:: Niebieska Skrzynka ::
Wszystkie znaki graficzne i loga użyte w tym serwisie należą do ich właścicieli. Opinie wyrażane w tym serwisie są własnością postujących i niekoniecznie muszą odpowiadać opiniom administracji strony www.Brwinow.com.